Muzyka w szpitalu
Wczoraj odwiedziłem mojego starszego brata w szpitalu. Wylądował tam, bo miał dość groźny wypadek na motorze ma obie nogi złamane. Opowiadał mi nie raz jak się to stało jak mu przy prędkości stu kilometrów na godzinę ujechało koło i wylądował na zakręcie w rowie. Ilekroć go odwiedzam leży on w szpitalu koło osób, które nie cierpią na żadną nie uleczalną czy zaraźliwą chorobę. Ale na półeczkach wieczorowych mają stosy leków przeciwbólowych. Mój brat leży na drugim piętrze a jego kolega, co choruje na zapalenie płuc i pochłania chyba z tonę leków musi przebywać na oddziale zamkniętym i m swój własny pokój. Musi z nim być źle, ale nie wydaje mi się, żeby zapalenie płuc to taka straszliwa choroba była. Z klei brat mówił mi, że nawet najmniejsza choroba może spowodować poważne dolegliwości, jeśli nieleczone i ogromny ból, nawet taki jak ból łamanych nóg. Śmiał się mój brat to mówiąc. Wszyscy nas już w szpitalu znali, czyli mnie i mojego brata, bo lubiliśmy grać na gitarach i często przy łóżku mojego brata graliśmy jakieś spokojne piosenki dla innych w szpitalu, mama nadzieję, że choć trochę pomogło im to zapomnieć o ich chorobie czy dolegliwościach i uśmierzyło ich ból, choć troszkę sobie myślałem. Zawsze Jak zaczynaliśmy grać to zawsze z Sali obok pewien schorowany starszy pan przychodził nas posłuchać jak gramy.